piątek, 26 kwietnia 2013

PIERDOLNIK #2

Czym jest moje życie. No, kurwa, czym.
Oglądam seriale, YouTube'a, patrzę się w ścianę i żrę. Cały czas ten sam schemat.
Nie potrafię zaoszczędzić pieniędzy, bo cały czas wydaję na pierdoły. Zawalam naukę.
Dzisiaj jednak postanowiłam wziąć się za siebie i zrobić cokolwiek w kierunku poprawy mojego obecnego położenia. Uczyłam się na poniedziałkowe kolokwium. I to nie tak z dupy, jak zwykle, że przeczytałam sobie raz i rzuciłam materiałem w kąt. Siedziałam nad tym gównem całe cztery godziny, a i tak mam w głowie małpę grającą na talerzach. Kiedyś byłam lepsza w te klocki.
W kwestii młodego mężczyzny, do którego czułam miętę tydzień temu, niewiele się zmieniło. Nawet nie miałam okazji zobaczyć go przez te dwa ostatnie dni spędzone na uczelni, ale za to próbowałam go chociaż przywołać myślami. Niestety - na próżno. Ach, no właśnie. Podczas gdy wy chodziliście na zajęcia w poniedziałek i wtorek, ja miałam wolne, bo była jakaś konferencja na moim wydziale i nie było zajęć. Bardzo super, pięć dni weekendu. Potem środa, bardzo nieproduktywna. Nadałam wreszcie ten przelew, bo uprzejmy sprzedający z Allegro niezwłocznie odpowiedział na mojego maila, po czym ja go zignorowałam i przejęłam się dopiero wtedy, gdy wysłał następnego z wezwaniem do zapłaty za te cholerne struny. Dwadzieścia-cztery złote i dziewięćdziesiąt-dziewięć grosze. Oby były dobre, bo inaczej się zdenerwuję, że zapłaciłam tak dużo. Ale nie kupiłam jakichś chujowych, tylko d'Addrio. So back off, bitches.
Resovia Mistrzem Polski. Wiem, że temat powoli się już przejada, ale nie miałam okazji go skomentować jak do tej pory, więc zrobię to TERAS. O wygranej dowiedziałam się podczas sprzedawania biletów jakiejś miłej parce najwyraźniej niezainteresowanej siatkówką. Musiałam się bardzo postarać, by połączyć swój szmelcowaty telefon z Wi-Fi, którego sygnał sięgał trzeciego stanowiska na kasie. Ale po co to wszystko, skoro dosłownie sekundę przed tym, jak dostałam się na walla i przeczytałam te wszystkie statusy, do mojej koleżanki z sąsiedniej kasy napisała mama, informując, że będzie chyba jakaś impreza na Rynku, bo Resovia właśnie wygrała. No i obie zaczęłyśmy się cieszyć i cieszyli się z nami klienci i zadzwoniłyśmy do baru, żeby obwieścić kolegom wspaniałą nowinę. Najbardziej zależało mi na uroczym Pawełku, z którym wcześniej dyskutowałam na ten temat w pokoju socjalnym przy skromnym posiłku. Miałam ochotę rzucić wszystko i pobiec na Rynek, ale w zamian za to siedziałam na tej kasie do końca zmiany. Potem i tak tam zajrzałam, ale już nikogo nie było. Kibice rozeszli się do knajp, by świętować razem z innymi. Ale za to w niedzielę już byłam w tłumie. Wcisnęłam się w idealne miejsce, widziałam całą scenę, nikt mi nie zasłaniał, ani też nie musiałam zadzierać głowy do góry. Siatkarze się nie spóźnili, a nawet przyjechali trochę wcześniej i gdy zaczęli po kolei pojawiać się na scenie, emocje buzowały we mnie tak bardzo, że momentalnie zrobiło mi się niedobrze. Naprawdę, bałam się, że zaraz rzygnę na faceta stojącego przede mną. I nawet nie było dokąd uciec, bo wszędzie stali ludzie i nie miałam siły się przez nich przeciskać. Dramat. Na szczęście, po krótkiej chwili mi przeszło i mogłam skandować z innymi. Cała uroczystość trwała może z pół godziny, nie więcej. Potem siatkarzy przejęli fotoreporterzy i ci szczęśliwcy, którym udało się do nich dostać i którzy nie wstydzili się podejść i poprosić o zdjęcie. Ja się wstydziłam. Poza tym, byłam sama. Samemu zawsze gorzej. Żeby nie było, że przejechałam taki kawał drogi dla kilku chwil spędzonych w tłumie, zafundowałam sobie kanapkę z Subwaya i kawę, która wcale nie była taka dobra, jak wszyscy mówili.
Coś jeszcze? Aha, wczoraj byłam na stadionie Resovii. Na Wyspiańskiego. I biegałam na bieżni w ramach wfu. Najpierw musiałyśmy się tam wybrać z Towarnickiego na nogach, a potem jeszcze przebrać się w strój sportowy i napierdalać kółeczka. No myślałam, że chuj mnie strzeli.
I potem znowu z buta na Cieplińskiego i czekanie godzinę na autobus. Fml.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz