Skoro już blog nosi chlubną nazwę : uniwersytecki, myślę, że mogę nieco naświetlić stan mojego studiowania. Po miesiącu stało się ono tak naturalną rzeczą w moim życiu, że czuję, jakbym to robiła od zawsze. Szybko się asymiluję.
Uczelnią macierzystą jest Uniwersytet Rzeszowski - szkoła wyśmiewana przez studentów, którzy po tygodniu studiowania w Krakowie są już rasowymi krakusami oraz przez licealistów, którzy myślą, że jakimś trafem jej unikną i jeszcze nie stracili marzeń o bogatym życiu kulturalnym w jakimś modnym i drogim mieście. Myślałam, że będzie gorzej, ale po konsultacjach z kolegami, którzy wyemigrowali (a nie jest ich wcale tak dużo, jakby się mogło wydawać), dochodzę do wniosku, że jest tak samo, jak na innych państwowych uczelniach, szczególnie na studiach w systemie dziennym. Olewanie wszystkich i wszystkiego. Kolejki do dziekanatu, na wydziale śmierdzi komuną, posrane godziny zajęć uniemożliwiające znalezienia godnej pracy dla studenta. No jasne, kto przyjmie studenta z państwowych, przecież on nie musi płacić czesnego. Poza tym, żal, że inne wydziały mają ładniejsze budynki od mojego, drogie ksero, drogi sklepik, niewygodne krzesełka w audytoriach.
Są jednak i pozytywne strony studiowania na tej uczelni. Z mojej perspektywy jest to fakt, że mam co jeść i nie muszę się jeszcze martwić o rachunki do zapłacenia (ale bardzo chcę się wyprowadzić od rodziców), nie błądzę po mieście jak spłoszony zając w poszukiwaniu sklepu, księgarni, pubu, bo wiem, gdzie się co znajduje, mam kolegów, którzy zjechali się z różnych innych miejscowości i mieszkają sobie w mieszkankach i akademikach usytuowanych blisko uczelni, co jest bardzo przydatne, jeśli ma się przed sobą perspektywę czterogodzinnej przerwy między zajęciami (tak jest, kochani, to jest norma) i chce się szybko zorganizować imprezę - polecam akademiki, tam jest cały czas impreza. Generalizując, każdy student ma pewne przywileje w mieście swojej macierzystej uczelni i podobnie jest w przypadku Rzeszowa, chociaż nikt nas tu nie lubi, bo się za bardzo panoszymy. Na skalę europejską, to właśnie tutaj przypada największa liczba studentów na tysiąc mieszkańców. Z tego, co pamiętam, to wynosi ona około trzystu. Ha, tego nie wiedzieliście!
Jednym z tych licznych przywilejów są darmowe kursy i szkolenia podnoszące kwalifikacje. Ja chodzę na kurs japońskiego, który odbywa się w środy w kampusie UR na Zalesiu. Wszystkim zainteresowanym polecam, bo warto skorzystać.
Jednostką podległą, w której przyszło mi się uczyć, jest Wydział Filologiczny - najbrzydszy spośród tych w okolicy i ogółem. Z zewnątrz wygląda jak szkoła podstawowa, w środku trąci straszną komuną - już o tym wspominałam, ale taka jest prawda. Na parterze panuje całkiem kameralna atmosfera - gra sobie radio, czasami i telewizor jest włączony, ludzie jedzą kanapki ze wszystkim* z wydziałowego sklepiku i piją kawę za dwa złote, której smak porównywalny jest do tej z Coffee Heaven za piętnaście. Jeszcze niższą rangą jednostką jest Instytut Filologii Angielskiej. Dla wszystkich niewtajemniczonych - w bardzo dobrym tonie jest powiedzieć, że studiuje się w instytucie, bo to oznacza, że na roku jest niewiele miejsc i generalnie panuje elitarna atmosfera. IFA zajmuje pierwsze piętro wydziału i ani jednej sali więcej. Myślicie, że to mało? To pomyślcie, że na drugim gnieżdżą się oba Instytuty Filologii Rosyjskiej i Germańskiej. Kiedyś nawet chciałam się wybrać na drugie piętro, żeby zobaczyć, jak tam wygląda, ale jakoś tak zabrakło mi odwagi. Filologia polska jest w budynku obok, nie zmieściliby się u nas.
Kiedy pytają mnie, ile osób mam na roku, odpowiadam: około siedemdziesięciu. I wtedy wszyscy mówią: 'ojeeeej, ale maaaałooooo', a ci z większym stażem studenckim dodają, że po pierwszej sesji zostanie pewnie z pięćdziesiąt. To przykre i mam nadzieję, że tak się nie stanie, szczególnie w mojej grupie, bo ich towarzystwo cenię sobie najbardziej. Przeurocze siedemnaście osób. Nie wiem, czy w pozostałych trzech jest taki sam stan, dlatego do tej pory nie jestem w stanie określić, ile osób mam na roku. Ach, no właśnie - grupy. Jak już powiedziałam, jest ich cztery, pod dwie w każdej specjalizacji. Łaaaaaaał, specjalizacjeeee. Tak, kochani studenci NKJO, którzy uważają, że URz jest taki chujowy, chociaż bezpośrednio mu podlegają i mają swój dziekanat na moim wydziale - MAMY SPECJALIZACJE. Do odezwy do hejtujących studentów kolegium wrócę później, powiem natomiast coś o tych specjalizacjach. Są dwie - tłumaczeniowa i nauczycielska. Mi szczęśliwie udało się dostać na tłumaczeniową, co mogło nie być takie proste, bo większość kandydatów wybrała ją zamiast nauczycielskiej i musieli przenosić, żeby było nas po równo. Z tego, co patrzyłam po rozkładach zajęć, nauczyciele, mają wykłady z Psychologii i Pedagogiki do zaliczenia, aby móc od września rozpocząć praktyki, ale za to mają mniej godzin Praktycznej Nauki Języka Angielskiego, która do złudzenia przypomina regularne lekcje angielskiego w szkole, szczególnie na poziomie B2, co wcale mi się nie podoba. Dopiero od trzeciego semestru wchodzą takie klawe specjalizujące przedmioty, jak Tłumaczenie Biblii, tekstów literackich, nieliterackich etc. Zapowiada się bardzo interesująco. Poza nimi, jest raczej nudno. W ogóle się nie uczę. Jestem taka mądra.
Mam jeszcze cotygodniowy WF, którego prowadzą tacy dwaj panowie - istni szowinistyczni faszyści. O nich nie będę opowiadać, bo nie ma o czym. Po prostu co poniedziałek wracam do domu zniszczona.
Dobra, to teraz ta odezwa do tych z NKJO: nic to Was nie mam, jesteście spoko, studiujcie sobie dalej i zdobywajcie ładne oceny, ale może zostawcie IFA w spokoju, bo jakby psioczycie na własny instytut. Nie korzystacie z przywilejów bycia studentem URz z własnej nieprzymuszonej woli, nie podoba się Wam na wydziale, bo jest brzydko. Jest - so what. Miną trzy lata licencjatu i i tak będziecie musieli przyjść do nas. Że co? Że niby możecie sobie pojechać do innego miasta? Ta, jasne - tak samo jak i ja mogę to zrobić. A wyśmiewanie poziomu nauczania jest co najmniej nie na miejscu, bo z tego co wiem, to macie tych samych wykładowców i ćwiczeniowców, te same podręczniki, te same egzaminy i generalnie wszystko TAKIE SAMO. Nie wiem, czy przypadkiem dyplomu też nie będziecie mieli od URzetu. Także - spadówa.
No, taka mała prywata. Ten post nie miał na celu obrażenia uczuć żadnego z wirtualnych czytelników, a jest jedynie opisem rzeczywistych zdarzeń i przypadków. Pozdrawiam wszystkich studentów filologii angielskiej z uniwersytetu, kolegium i WSiZu. Pamiętajcie, że to ja kiedyś zabiorę Wam miejsce pracy.
*kanapka ze wszystkim - skład: bułka, masło, plasterek salcesonu, który o dziwo, nieźle smakuje, sałata, cebula, ogórek kiszony, ogórek szklarniowy, pomidor, plasterek sera żółtego, musztarda, jakiś pikantny sos pomidorowy. smacznego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz